tekst alternatywnytekst alternatywnytekst alternatywnytekst alternatywnytekst alternatywnytekst alternatywnytekst alternatywnytekst alternatywny
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Dlaczego Maine Coon?

Nie będę tutaj opisywała mojej historii, bardziej chciałabym poruszyć temat popularności MCO, jak tego dlaczego warto go w domu mieć. Przez ostatnie kilka lat ta rasa stała się bardzo popularna, może ostatnio koty brytyjskie krótkowłose zaczynają wyprzedzać maine coon'y, ale to wciąż rasa górująca jeśli chodzi o wybór kota. Wiecie czym głównie się martwię? Chodzi o to, że zmierzają w kierunku persów, owczarków niemieckich czy labradorów... Dlaczego tak się dzieje? Otóż jest kilka powodów przez które wybieramy te łagodne olbrzymy, a nie inne rasy. Przede wszystkim chodzi o:
  • Wygląd, lubimy to co jest bardzo duże i bardzo małe, a skoro MCO potrafią tak odróżniać się wielkością od innych kotów to jeszcze bardziej nas intrygują. Do tego dochodzi często dość długa sierść przez co kot wygląda niczym miniaturka lwa w domu, wielki i włochaty - majestatyczny!
  • Nie są zbyt aktywne i nie są zakochane w wysokościach jak chociażby podobne do nich koty norweskie leśne. Dla osób, które nie lubią kotów na swoich meblach (szafki kuchenne, lodówka, itp.) to zdecydowanie idealny wybór, a do tego nie potrzebują nie wiadomo jakich aktywności, aby być usatysfakcjonowane.
  • Łagodne dla dzieci, trzeba przyznać, że ta rasa ma masę cierpliwości wobec ludzi, a nawet dzieci. Oczywiście każdy kot ma swoje granice, ale one szczególnie nie mają jakichś większych problemów z zaakceptowaniem podnoszenia, przytulania, spędzaniu czasu na kolanach czy też wtulaniu się w futerko.
  • Są rozmowne, ale niewrzaskliwe, te odgłosy, które wydają i są charakterystyczne dla tej rasy bardziej przypominają gruchanie gołębia jak prawdziwe kocie śpiewy. Dla większości właścicieli są to dźwięki przyjemne dla ucha.
  • Hodowla tych kotów jest o tyle przyjemniejsza, że nie każdy kocur znaczy teren, w dużej mierze kocury są w stanie mieszkać z innymi i bywają "ciapowate". Kocięta nie mają takiej wysokiej śmiertelności jak chociażby u kotów orientalnych czy sfinksów. To też rasa zwykle dość późno dojrzewająca, więc rzadziej zdarzają się przypadki 5-miesięcznej kotki w rui. 

Oczywiście każdy kot ma swój indywidualny charakter i mogą być bardzo aktywne MCO, milczące czy też kocury znaczące teren na każdym kroku. To co opisałam to tzw. norma, ale byłoby dziwnie jakby każdy przedstawiciel rasy wpisywał się idealnie w swój standard charakteru. Aktualnie jeszcze właśnie na szczycie są brytyjskie krótkowłose i ragdolle. Wszystkie je łączy to, że są dość spokojne i zwykle większe niż standardowe koty. Tutaj można obejrzeć aktualne statystyki w FPL. W 2015 roku zarejestrowano 3402 maine coon'ów, a tylko 1 somalijczyka, 10 ocicatów i 6 tureckich angor. Co smutniejsze w Polsce zamykają się hodowle tych rzadszych ras, a nowe wręcz nie powstają. Jedynie koratom powoli udaje się nieco pokazać, że też istnieją, ale obstawiam, że nigdy nie dojdą do poziomu topowych ras. U nas też wiele ras w ogóle nie można znaleźć, a jak już są niektórzy hodowcy, to albo nieaktywni, albo mają rzadko mioty. Nie ma popytu to i hodowli nie ma, nawet najwięksi miłośnicy woleli swoje koty wykastrować, bo co potem robić z całymi miotami? Jestem ciekawa jak statystyki będą wyglądać po tym roku... 

Ta notka oczywiście nie ma na celu zniechęcić Was do kupowania popularnych ras czy hodowania ich, ale zastanowienia się. Tyle jest pięknych ras, które warto sprowadzić czy hodować w Polsce, a tutaj co nowa hodowla to najczęściej MCO. I nie byłabym może tak przeciwko gdyby nie fakt, że te początkujące hodowle często są nieprzemyślane. Kociaków jest teraz więcej jak chętnych, więc bez problemu sprzedaje się i koty hodowlane za wcale niewysoką cenę. Co ciekawe jednak ceny kastrowanych maine coon'ów wzrosły i to bardzo! Jeszcze 3 lata temu przeciętna cena to było 1500zł, a aktualnie w okolicach 2500zł, a nawet 3000zł! Widziałam też za 4000zł... Interesujące jest natomiast to, że hodowcy innych ras jak syberyjski czy koty norweskie leśne wcale nie podnieśli swoich cen. Nie dość, że jest tak dużo MCO to jeszcze stały się droższe, skąd to się wzięło? Długo nad tym myślałam i hodowcy zaczęli ścigać się w coraz wyższej cenie, czyżby kupujący uznali, że im droższy kociak tym lepszy? Przecież skoro można kupić kota do hodowli już za 3 tys (pomijam jego eksterier), krycie mieć za 1500zł, a nawet taniej, to jakim cudem te wykastrowane kociaki takie drogie? Nie trzeba jeździć na krycie na drugi koniec Europy, kotkę hodowlaną wręcz można kupić u sąsiada, bo tak dużo jest teraz hodowli, badania? Dobre żarty, chciałabym, żeby te ceny były wynikiem badań rodziców, ale często niestety tak nie jest. Gdzie kociak rzadkiej rasy po wybitnych rodzicach, a do tego przebadanych, sam wręcz był badany, w Austrii kosztuje 700 euro, to co się dzieje? Czy to nie daje do myślenia? Nie chodzi o to, żeby negocjować cenę z hodowcą, ale żeby wymagać! Ja nie twierdzę, że te koty nie są tyle warte, a skąd! Ceny mogą być wysokie jak tylko hodowca w zamian jest uczciwy.

Skoro mam zapłacić za kociaka 3000zł (nawet za mniejszą kwotę) to chcę, żeby jego rodzice mieli wykonane echo serca, ale aktualne! Gen testy też są ważne, ale to echo pokazuje autentyczny stan serca i to wykonane u kardiologa, a nie pierwszego lepszego weta. Chciałabym, żeby mieli prześwietlenie na dysplazję, wiecie, że to całkiem popularna choroba wśród dużych ras? Podobnie możemy wymagać badań SMA i USG nerek. Poza tym uczulam na zaglądanie w kufy, jednak choroby dziąseł są bardzo popularne. Jeżeli kociak bądź jego rodzice mają wychodzące gluty z nosa/oczu to też się dobrze zastanówmy co się tam dzieje. Przede wszystkim chodzi o to, żeby wyeliminować hodowle, które powstały stricte po to, aby zarobić pieniądze. Pewnie, że to nie jest do końca możliwe, ale na pewno jeżeli będziemy wymagać możemy w jakiś sposób zmusić albo do badań, albo do poddania się. Nie podoba mi się to co stało się z tą rasą na przestrzeni zaledwie kilku lat, wcale nie chodzi o to, że mam jakiś problem z króliczymi uszami, długą kufą, itp. Oczywistym jest, że nie każdy typ MCO mi się podoba, ale mnie przeraża o wiele bardziej ich zdrowie! Nie będę pisała apelacji do hodowców, aby wreszcie zaczęli sprzedawać koty hodowlane rozsądnie, bo ci co je sprzedają z głową to niezależnie od mojego tekstu i tak będą to robić, a ci co mają to głęboko gdzieś i tak oleją moje słowa. Dlatego chciałabym jako właściciel kastrata przemówić do innych właścicieli kotów kolankowych, jeżeli faktycznie czujecie, że maine coon to jest rasą dla was i nie chcecie nawet myśleć o innej to wymagajcie! Nie pozwólmy, aby ta rasa została doszczętnie zniszczona, bo część hodowców już zaczyna się przerzucać na inne rasy, ale wciąż niszcząc nasze łagodne olbrzymy. Oczywiście, wciąż jest masa naprawdę świetnych hodowców, którzy się starają, pozwólmy im rozwijać się dalej. Piękne mam marzenie, ale zdaję sobie sprawę jak nierealne jest zmniejszenie popularności maine coon'ów. Sama już dość dawno stwierdziłam, że gdyby nadejdzie dzień kupna mojego pierwszego kota hodowlanego prawdopodobnie nie będzie to MCO. Kiedyś miałam idealną wizję zbawienia tej rasy, polepszenia i zjednoczenia wielu hodowców, dzisiaj wiem, że to nieosiągalne. Ta rasa nie potrzebuje nowych hodowli, natomiast potrzebuje rozsądnych przyszłych właścicieli. Wbrew temu co się myśli to właśnie właściciele kastratów mają bardzo dużo do powiedzenia i mogą całkiem sporo zmienić.

sobota, 23 stycznia 2016

Choroby nerek - problem współczesnych kotów cz..2

Jakiś czas temu postanowiłam zrobić Haru kontrolne badania krwi, z racji, że mój rudzielec ma troszeczkę tych problemów zdrowotnych to powtarzamy badania przynajmniej 2-3 razy w roku. Największym problemem była kreatynina, oczywiście nikt nie walczy o to żeby ją obniżyć, bo zwyczajnie nie ma to sensu. Jest ona bowiem czymś na wzór termometru, który informuje nas co dzieje się z nerkami i w jakim są stanie. Stosunkowo niedawno wyszło jeszcze coś takiego jak SDMA - symetryczna dimetyloarginina, jest etylowym aminokwasem argininowym, bardzo czułym i specyficznym biomarkerem wczesnego wykrycia choroby nerek. Poza tym klasycznie sprawdziliśmy mocznik, fosfor, potas, chlorki, sód, wapń, itp.

Nie powiem, że nie miałam ochoty skakać pod sam sufit gdy zobaczyłam wydruk, wraz z weterynarzem byliśmy w szoku, że wszystko tak dobrze poszło. Oczywiście pochwaliłam się też innym weterynarzom, którzy mieli okazję badać Haru oraz obserwować przebieg choroby. Wszyscy jak po kolei mówili mi, że źle robię karmiąc BARFem po pokazaniu wyników z dumą mogłam powiedzieć, że to właśnie surowe mięcho i suplementy diety oraz oczywiście nawadnianie! Niestety można znaleźć pewne mankamenty, zwłaszcza tam gdzie wyniki odnoszą się do problemów sercowych, ale zostały one już wykryte.

(proszę kliknąć w zdjęcia aby dokładnie zobaczyć)


























Najbardziej dziwi mnie poziom mocznika, nigdy nie sięgał nawet do normy, ale jak widać muszę zdecydowanie zwiększyć jeszcze podaż wody, poza tym cieszę się, że zmalało białko, którego było całkiem sporo, fosfor ładnie się utrzymuje, potas jest nieco ponad normę, ale to mniejszy problem niż gdyby zwiększony był sód. Oczywiście z wielką przyjemnością pochwaliłam się innym kociarzom borykającymi się z tym samym problemem co ja, natychmiast dostałam masę pytań prywatnych jak ja to zrobiłam i czy to w ogóle możliwe? Ja naprawdę niewiele robię, bo u nas podstawa to dieta, woda i czasami dodatki jak herbata z pokrzyw. Nic poza tym! Przede wszystkim chodzi o unikanie, według mnie takich rzeczy jak antybiotyki, preparaty na pchły, ja do tego  również karmię eko mięsem, chociaż nie ukrywajmy nie każdy ma taką możliwość. Patrzmy na ręce weta! Co robi, co chce podać naszemu kotu, jakie leki sugeruje bądź wręcz narzuca. Nie pozwalajmy aby robił coś bez naszej zgody! Dużo weterynarzy "osłonowo" daje antybiotyk na dzień dobry, a wielu potrafi wpakować nawet steryd kiedy nie do końca wiadomo co się dzieje.

Powiedzmy sobie, że dużą część zasługi muszę przypisać tutaj diecie oraz nawadnianiu. O BARFie w szerzej tego słowa znaczeniu postaram się pisać więcej i nieco to zilustrować, tak samo jak o nawadnianiu jednak wspomnę dzisiaj tylko o tym jak ogólnie wygląda dieta nerkowca. Postawmy sobie najpierw pytanie: czy nerkowcom można wszystkim podawać ten sam typ BARFa? Niestety, ale nie. Powiem banalnie, bo to można znaleźć niemal wszędzie, ale dietę dostosowujemy do wyników krwi. Jeżeli to są początkowe stadia PNN to skupiamy się na tym, aby nie było w mieszankach kości, podroby nie dominowały w mieszance (serce chociaż uważamy za mięsień jest bardzo bogaty w fosfor!). Jeżeli chodzi o białko to tutaj trzymamy się 5g, czyli jak w kalkulatorze mamy ilość białka to dzielimy to przez ilość dni i wagę kota, jeżeli nie przekroczymy właśnie 5g to wszystko jest ok! Mieszanki mogą być nieco bardziej tłuste, w końcu jakoś musimy obniżyć to białko, prawda? Starajmy się wybierać takie gatunki mięs jak baranina, jagnięcina, koźlina, tłustsze partie wołowiny bądź cielęciny, a z ptactwa najlepsza jest gęś i kaczki. Nie poleca się królika, jest chudy i bogaty w fosfor, jednak ja raz na jakiś czas dodam go do mieszanki. Generalnie omijajmy chude mięsa szerokim łukiem, żadnych polędwic, piersi z kurczaka/indyka czy przepiórek w całości. Poza tym polecam wszystkim zainwestować w olej z łososia, ja podaję 3ml dziennie oleju Lunderland. Dobry też jest olej Grizzly, jednak przez zawarty w nim tymianek mój Haru ma alergię, a do tego plastikowe opakowanie mimo wszystko zniechęca, ma też witaminę D i A więc bez dobrej kontroli podawanie go może być niebezpieczne. Jeżeli nie BARF to lepiej kupować lepszą mokrą karmę niż te rzekomo przeznaczone dla nerkowców, a dodawać jakieś wyłapywacze fosforu. Poza tym to dużo cierpliwości i samozaparcia! Ufajmy naszej intuicji, bo w końcu nie leczymy wyników, a kota!

Pewnie wielu z nas miało wątpliwą przyjemność doświadczyć jak bardzo kompetentni potrafią być lekarze, lekarze, którzy najczęściej mają jakąś specjalizację. My jednak wymagamy od weterynarza, który często nie ma żadnej specjalności aby zajmował się tak wąskim działem jakim są nerki. Prawda jest taka, że sami musimy zdobywać wiedzę i poszerzać swoje horyzonty. Nie słuchajcie tego co się do Was mówi, sami to weryfikujcie! Wszyscy znamy podstawy biologii i każdy z nas niewątpliwie może je nieco doskonalić. Mówiąc szczerze to notkę napisałam przede wszystkim aby pochwalić się naszym sukcesem, który mam nadzieję długo się utrzyma.

wtorek, 5 stycznia 2016

Wolność - dla wszystkich!

Natchnął mnie ostatni artykuł felins do napisania takiej krótkiej notki o puszczaniu kotów samopas. Przede wszystkim komentarze i to często dość agresywne zwróciły moją uwagę. Ciężko mi zrozumieć dlaczego ludzie zawsze myślą, że istnieje albo tylko kolor czarny, albo tylko biały. Zacznę może od mojego stanowiska, ja nie daję samowolki, ale moi rodzice swoim kotom już tak. Zdajemy sobie doskonalę sprawę z własnych decyzji i żadna ze stron nie próbuje ingerować i wypuszczać bądź na siłę zamykać koty.
Mieszkam jak niejednokrotnie już wspomniałam daleko za miastem, przez większą część mojego dzieciństwa miałam tylko jednego bliższego sąsiada. Koty mieszkały zwykle na zewnątrz i żyły jak niemal dzikie, niektórym udało się dotrwać do 15 roku życia, a inne umierały mając rok, a bywało, że i kilka miesięcy. Ginęły na drodze (gdzie u mnie naprawdę nie ma ruchliwej drogi), zaatakowane przez psa (skąd te psy jak brak sąsiadów?), złapane gdzieś w lesie przez sidła, bywały i otrute, a czasami po prostu nigdy nie wróciły i nie wiedziałam czemu. Utrata każdego z nich była dla mnie bardzo bolesna, nie potrafiłam pogodzić się z tym, że ich nie zobaczę, a zdarzało się, że jeszcze przez kilka miesięcy robiłam sobie nadzieję, że ten konkretny kot wróci. Postanowiłam więc postawić na spacery, a w przyszłości na wolierę... 

Oczywiście można mi zarzucić egoizm, tak wiele osób, które puszczają koty się broni, my wstrętni właściciele, którzy zamykają koty w złotej klatce z egoistycznych pobudek. Moje pytanie jest jednak takie - dlaczego w ogóle zaczęliśmy brać koty do swoich domów? Czy to już nie był przejaw egoizmu? Chcieliśmy aby pomogły nam pozbyć się gryzoni, zaczęliśmy je rozmnażać i to niestety w sposób niekontrolowany. Wzięliśmy je do siebie i sypiemy im suchy granulat do miski, zakładamy obroże z dzwoneczkiem, obcinamy pazury i dajemy pluszowe myszki do zabawy. Czy to już nie jest wystarczająco mało naturalne? Ja również uważam, że kot zachował swój wspaniały instynkt, jest na swój sposób dziki, jednak stał się domowym pupilkiem! Argumenty typu "kot jest dziki i powinien być wolny", nie przemawiają do mnie. Zdecydowaliśmy się oswoić to wspaniałe stworzenie i winni jesteśmy mu opiekę, to my musimy myśleć za naszego milusińskiego, on nie potrafi świadomie podejmować decyzji, kieruje nim właśnie instynkt! Nigdy nie dojrzeje na tyle jak dziecko aby móc ponosić konsekwencje swoich działań. Ten pobity przez sąsiada kot nie pomyśli sobie, że i tak było warto, będzie odczuwał to co jest tu i teraz, czyli ból.
Zabolało mnie stwierdzenie przez niektórych stosowane, że kot który nie może wychodzić na zewnątrz bez nadzoru nie może być szczęśliwy. Mam porównanie widząc koty moich rodziców, a Haru. Mówiąc szczerze właśnie te wychodzące koty zwykle najchętniej pchają się do domu, chyba, że na zewnątrz jest naprawdę ciepło. Nie oszukujmy się, mieszkamy w takim klimacie, że przez większą część czasu mamy chłód, albo od niedawna upały! Mój rudzielec jest bardzo kontaktowy, dużo mruczy, rozmawia, bierze udział w moim życiu i innych domowników. Pozwala sobie na wiele zabiegów, dzięki temu łatwo mu pomóc, ma owszem swoje dziwactwa, ale dzięki temu mogłam poznać jego prawdziwą i pełną osobowość. To wspaniała i wyjątkowa wieź, nawet kiedy wychodzimy na spacer to kiedy oddalam się z jego pola widzenia to za mną idzie, a kiedy schowam się w trawie to miauczy i pędzi w moim kierunku. Muszę zaznaczyć, że na spacery wychodzi od samego początku. Zwykle idzie na tak długo jak ma ochotę i tam gdzie chce. Jeżeli chce wyjść na drzewo to nie ma problemu, chce poleżeć w trawie, nie mam nic przeciwko. Łapie motyle, poluje na jaszczurki, wspina się, biega za patykiem (taką formę zabawy lubi najbardziej) i usatysfakcjonowany wraca do domu. Oczywiście u siebie ma jeszcze do dyspozycji balkon z którego również chętnie korzysta. Zimą prawie w ogóle nie ma ochoty na wyjścia i ja nie zamierzam go zmuszać, gdyby chciał to chętnie bym go zabierała. I z całą pewnością mogę powiedzieć, że zadowolenie po prostu widać na jego pyszczku. 

Nie jestem też znowu 100% przeciwniczką wypuszczania kotów, natomiast szkoda mi tych, które mieszkają w domu i nie mają możliwości wyjścia na spacer nawet w szelkach. Gdybym mieszkała na małej i bezludnej wyspie to możliwe, że mój kot by wychodził, ale ja gdy porównuję plusy i minusy to uważam, że minusy wypuszczania przeważają. Zewnętrzne bodźce są dla kota czymś wspaniałym, móc w pełni wykorzystać swój instynkt, poszerzyć własne terytorium, wygrzać się w słońcu, same plusy! Zastanawiam się tylko dlaczego ktoś kto mieszka poza miastem nie może po prostu wybudować dużej woliery. Ja wiem, że to są koszta i niekoniecznie estetyczny wygląd, ale potem u weterynarza ratowanie naszego pupila również może pochłonąć dużo pieniędzy.
Zdaję sobie sprawę jak ważne jest dla nas i dla zwierząt poszerzanie własnych horyzontów, siedząc tylko w jednym miejscu można popaść w depresję. Sęk w tym, że trzeba być świadomym podejmowania własnych decyzji. Kiedy ktoś twierdzi, że właśnie koty są dzikie i muszą chodzić swoimi ścieżkami to zawsze zastanawiam się czy ta osoba też praktykuje inne związane z dzikością kota potrzeby. Jak chociażby dieta, czy może jednak sypie granulat do miski? Dla mnie to swego rodzaju hipokryzja i zwyczajne lenistwo. Jeżeli jednak wiemy czym grozi danie tak dużej wolności swojemu kotu, potrafimy trzymać się swojego stanowiska nie obrażając i nie rzucają się jak dziecko to jestem w stanie to zrozumieć. Ja nie narzucam nikomu moich metod wychowawczych, żywieniowych, itp. Jednak chętnie podzielę się swoją wiedzą i zwrócę uwagę jeżeli ktoś popełnia błędy, może wziąć pod uwagę fakt moje słowa, ale wcale nie musi. Trzeba również mieć na uwadze faunę, a przede wszystkim ptactwo, które często dokarmiamy w zimie. Kotów jest więcej niż natura rzeczywiście mogłaby to zaplanować, gdyby wszystkie zostały wypuszczone to nie trudno sobie wyobrazić jak mogłoby się to skończyć. Australia wpadła na taki genialny plan i sprowadziła kota domowego, później zaczęto je mordować, bo wybijały australijską zwierzynę.

Zupełnie inaczej jednak podchodziłabym do hodowli, tutaj moim zdaniem nie ma miejsca na takie działania jak "róbta co chceta". Albo woliera bądź spacery, albo nic! Koty wychodzące mają możliwość zarażenia się takimi chorobami jak FIV czy FelV, pasożytami, a nawet ciążą z niekoniecznie znanym kocurem. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego! Myślę, że nikt nie chciałby z takiego miejsca kupić kociaka, bo wtedy czym jest ten rodowód? Nie daje nam on żadnej gwarancji, bo może jednak nasz kociak jest od kocura sąsiadów? Tak samo jest już po zakupie, jeżeli hodowca zaznacza w umowie i podkreśla, że nie życzy sobie takiego puszczania to powinniśmy to respektować. Jeżeli nam to nie odpowiada możemy zaadoptować kota, ale i tutaj niektóre schroniska czy DT również mogą zakazać wypuszczania. Świadomość wśród właścicieli kotów wciąż rośnie, ale daleko nam do psiarzy. Dalej traktuje się kota jako zwierzaka dla leniwych, którym się nic chce wychodzić na spacer, nie ma potrzeby nic z nim robić. Pytanie tylko po co w ogóle decydujemy się wtedy na zwierzę? Mało wymagający może być chomik czy gekon jeśli chodzi o uwagę opiekuna. 

Na podsumowanie chciałam powiedzieć, że od momentu gdy zapragnęliśmy posiadać własne zwierzęta i odebraliśmy im wolność, przestrzeń i zasoby to choćbyśmy co nie robili to nigdy nie będzie idealnie. Nigdy nie zrozumiemy w 100% co one myślą, czują i co chcą powiedzieć. Każdy jednak obiera drogę, która w jakiś sposób ma zapewnić komfort swojemu kotu. Przynajmniej mam tutaj na myśli świadomych właścicieli. Bądźmy więc tolerancyjni i dyskutujmy w sposób kulturalny!

środa, 16 grudnia 2015

Kot w wielkim mieście

Ostatnio dość nieprzyjemne wydarzenie natchnęło mnie do napisania notki o tym, dlaczego nie chodzę z kotem po mieście. Na blogu można znaleźć całą masę zdjęć Haru spacerującego po lesie, polanie czy w okolicach mojego domu, bywało, że dostawałam pytania gdzie z nim wychodzę i czy wędrujemy po mieście. Nie chodzi wcale o to, że koty to "tchórze" i są mocno terytorialne, bo i one jak każde inne stworzenie ma potrzebę wyjścia, a nie siedzenia cały czas w czterech ścianach. Kot również potrzebuje zewnętrznych bodźców, pragnie poobserwować faunę, poskubać trawki, czy rozłożyć się gdzieś i nagrzewać w słonku. 

Przyznam się bez bicia, że nigdy nie wzięłam mojego rudzielca do miasta na spacer, nigdy nie zdecydowałabym się na to. Możliwe, że gdybym miała wózek przeznaczony dla zwierząt bądź gdyby był mniejszy to zapakowałabym go do plecaka przeznaczonego również do transportu kotów czy mniejszych psów. Fakt jednak, że musiałabym zacząć od malucha, teraz kiedy ma już ponad 5 lat nie chciałabym mu zapewnić takich atrakcji. Dlaczego? Głównym powodem są psy, a raczej ich bezmyślni właściciele. Niby jest ustawa o tym, że pies nad którym nie mamy kontroli nie może biegać samopas, ale kto to respektuje? Nie wspomnę już o psach które opuszczają swe domy w celach poznawczych albo zwyczajnie są bezdomne. Wszyscy psiarze nie miejcie mi za złe, że o tym piszę, ale sami pewnie też macie problem z psami które rzucają się bez powodu albo z właścicielami którzy pozwalają bez pytania "zapoznać" się pieskom. Mało co podnosi człowiekowi tak poziom adrenaliny na spacerze jak zbliżający się w naszym kierunku nieznany pies podczas gdy my sami mamy na smyczy naszego ukochanego domownika. Naprawdę nie rozumiem dlaczego tak wiele ludzi decyduje się na psy jeżeli nie potrafią nauczyć ich chociażby przychodzenia na pierwsze zawołanie. Jeżeli jednak wie się, że pies ignoruje to nie może latać chociażby w kagańcu? Świat byłby naprawdę piękniejszy gdyby ludzie autentycznie byli odpowiedzialni za własne zwierzęta. Mój Haru ma naprawdę silny instynkt łowiecki, ale to wcale nie oznacza, że pozwalam mu na bezmyślne zabijanie. 

Jeżeli jednak mieszkasz w mieście i chcesz wychodzić z kotem to co można zrobić? Po pierwsze to chyba każdy zna obszar w którym mieszka i mniej więcej potrafi się zorientować jakie psy tam chodzą na spacer, o jakich zwykle porach. Na pewno polecam szelki, a nie obroże, o wiele łatwiej można wtedy kota w razie potrzeby podciągnąć do góry, na obroży jest to raczej niemożliwe. Spanikowany kot może chcieć się nam wyrywać i dość dotkliwie podrapać, dobrze by było mieć przy sobie jakiś transporter aby go schować. Warto wyposażyć się w gaz pieprzowy, byłam już świadkiem, że naprawdę potrafi się przydać, można więcej o jego wyborze przeczytać tutaj. Jeżeli posiada się auto to sprawa jest o tyle łatwa, że można pojechać do lasu, nad wodę czy jakaś polanę i tam w nieco bezpieczniejszych warunkach przejść się. Wiadomo, że i w takich miejscach są psy, ale wydaje mi się, że rzadziej można je spotkać w takich ilościach. Miasto to jednak dobre miejsce do socjalizacji, zwłaszcza jeżeli mamy w planach jeździć z kotem na wystawy. Są przyjazne miejsca zwierzętom jak chociażby kawiarnie w których łatwo można zwrócić właścicielowi uwagę w razie gdyby jakiś pies niebezpiecznie się zbliżał. Teraz dużo tych nowszych osiedli jest zamykanych, tam również jeżeli zna się sąsiadów można czuć się bezpieczniej. 


Kiedy byłam w Szwecji nie widziałam nigdzie latającego samopas psa, wszystkie kulturalnie chodziły na smyczy, dzięki czemu moja ciotka również bez obaw może wychodzić ze swoim kotem. Nie jestem przeciwnikiem puszczania psów, ale pod warunkiem, że nie jest on groźny dla otoczenia i nie mówię tutaj tylko o ludziach.
Jak w moim życiu pojawi się kolejny kot to będę próbowała mu pokazać zdecydowanie więcej, jednak obawa przed całą masą nieodpowiedzialnych właścicieli zostanie. Nie popieram też puszczania kotów samopas, jednak one są nieco mniej niebezpieczne, bardziej szkodzą dzikim zwierzętom niż tym domowym. Roznoszą też różne choroby jeżeli ich właściciele mają w nosie również weterynarza. Trzeba odpowiadać za to co się oswoiło. Każdy byłby zbulwersowany gdyby do ich własnego dziecka podbiegło jakieś obce i nagle zaczęło dotkliwie bić. Dlaczego więc nie ma się tej wyobraźni względem zwierząt? Najczęściej czekamy aż coś się stanie, a niektórzy nawet po wielu atakach na własne zwierze które bywa prowodyrem i tak niczego się nie uczą. Może kiedyś doczekamy się licencji na posiadanie zwierząt.


środa, 23 września 2015

Jak obsługiwać kota?

Natchnienie do napisania nieco o socjalizacji dostałam przez dość intensywne rozmowy na ten temat z pewną psiarą. Zdecydowana większość kociarzy wychodzi z założenia, że kot powinien robić to na co ma ochotę, nie powinien być do niczego zmuszany czy też uczony (poza korzystaniem z kuwety), powinien jeść to co chce, spać gdzie i kiedy chce, nie potrzebuje kąpieli, a wychodzenie na spacer tylko jeżeli kot ma ochotę. Przychodzi moment w końcu kiedy chcemy coś zrobić, a tutaj jest problem. Nie możemy wyczesać sierści, powstają kołtuny, nie możemy obciąć pazurków, nie możemy kota wykąpać chociaż cały jest wysmarowany tłuszczem z patelni z powodu próby dostania się do niej, nie możemy pobrać krwi chociaż widzimy, że kot marnieje w oczach, podanie kroplówki, wyczyszczenie zębów czy nawet uszu kończy się ranami szarpanymi na naszym ciele, ogromnym stresem dla kota, a bywa, że i podaniem narkozy. W internecie znajdziemy całą masę porad jak kota "obsłużyć" czyli owinąć w ręcznik, zamknąć w transporterze i nakryć kocem, rozmaite sposoby podawania tabletki czy suche szampony dla kotów. Na wystawach często jest mi dane widzieć przerażone koty, które prychają na wszystkich wokół, bywa, że atakują sędziów, chociaż i tak muszą być nauczone więcej, bo dają się wykąpać, wyczyścić uszy, bywa, że pozwolą sobie zajrzeć w kufę. Więc jak to w końcu jest z tymi kotami? Co zrobić aby nasz miniaturowy tygrysek pozwolił sobie na odrobinę ingerencji z naszej strony?
Najłatwiej jest z małym kociakiem, rasowego można zabrać do domu dopiero od 12 tygodnia, ale sam hodowca też powinien zatroszczyć się o dobrą socjalizację kociaków. Jak to rozpoznać? Wchodząc do hodowli w większości przypadków kocięta wręcz pchają się do człowieka zaraz przy wejściu, witają, obwąchują i zaglądają wszędzie gdzie się da. Oczywiście nie każda rasa jest na tyle odważna i trzeba mieć to na uwadze, jednak kiedy już usiądziemy powinno niepokoić nas kiedy kocięta dalej będą gdzieś schowane, a nawet na rękach hodowcy w dalszym ciągu będą się wyrywać i trząść ze strachu. Może się zdarzyć taki pojedynczy egzemplarz jednak nie cały miot! Najważniejszym właśnie zadaniem hodowcy to przyzwyczajenie kociąt do ludzi, już nie przesadzajmy aby było tak dokładnie jak w przypadku szczeniąt, żeby maluchy zabierać na miasto i dostarczać różnych bodźców.  Hodowcy zwykle też jako pierwsi obcinają pazurki, czyszczą uszy, przynajmniej 3x odwiedzają weterynarzy, uczą się życia w nieco większym zwykle gronie, czasami mają okazje poznać też inne gatunki zwierząt. 

Mamy już całkiem dobry początek reszta jednak pozostaje w naszych rękach. Oczywiście zaraz po przyjeździe z maluchem do domu nie powinniśmy być bardzo nachalni, ale już w kolejnych dniach warto powoli wprowadzać pewne przyzwyczajenia. Koty to rutyniarze, dbajmy o to aby kociak dostawał jedzenie o konkretnych porach, jeżeli będziemy się tego twardo trzymać unikniemy wiecznie modlącego się pod lodówką głodomora (kocięta mogą jeść bez ograniczeń). Jeżeli nie lubimy kiedy kociak siedzi wpatrzony w nasz talerz podczas naszego obiadu, a do tego bywa, że wpycha łapkę to po prostu nie pozwalajmy na to, wiem, że te słodkie oczka i do tego mruczenie powoduje, że serce nam mięknie, ale trzeba być często twardym i konsekwentnym. Pozwólmy kotu być kotem, nie róbmy z niego człowieka zgadzając się na wszystko, on nie wyciągnie wniosków ze swojego zachowania, nie będzie potrafił się potem nagle zmienić kiedy nam się odwidzi, bo zmienimy mieszkanie, zaczniemy mieszkać z kimś komu te przyzwyczajenia przeszkadzają. Przede wszystkim sam kot będzie czuł się pewniej wiedząc, że ma swoje granice. Kolejną sprawą jest higiena, tak, koty same potrafią się myć, ale to nie oznacza, że nie nadejdzie dzień w którym będą potrzebowały naszej pomocy. Niezależnie od tego czy będzie mieć długą czy krótką sierść i tak starajmy się od samego początku szczotkować naszego malucha, jeżeli stanie się to dla niego czymś normalnym to już w dorosłym życiu nie będzie chował się pod stół jak tylko wyciągniemy szczotkę. Wiem, że dla wielu osób kąpiel kota to jakaś abstrakcja, ale wierzcie mi bądź nie jednak może nadejść dzień kiedy się przyda, stres jest dla kota ogromnym wrogiem, im więcej nauczymy za kociaka tym bardziej oszczędzimy tego stresu już dorosłemu. 

Najbardziej przydatne są jednak sprawy związane czysto ze zdrowiem, od zawsze mam manie zaglądania w kufę kotu, dobrze kiedy nasz kociasty wie, że wolno nam tam ingerować i nie zrobimy mu przy tym krzywdy. Przynajmniej raz dziennie tam zaglądałam, wkładałam palce czy też czyściłam. Niestety wiele kocich chorób zaczyna się od dziąseł, dobrze więc móc bez stresu dla obu stron zajrzeć tam i w razie potrzeby zaingerować. Dotykamy kota też w różne partie jego ciała, "macajmy" łapy (dużo kotów nie lubi), ale podczas pobierania krwi przydaje się kiedy kot nam pozwala, dotykajmy brzuch, uszy (czyszcząc co jakiś czas!), kot musi nam oczywiście zaufać więc nie może to wyglądać tak, że łapiemy go na kolana i trzymamy na siłę, od małego podczas zabawy, spania czy też pieszczot starajmy się wszędzie wsadzić rączki. Czasami zabierzmy też kota na przejażdżkę autem, nie tylko do weterynarza raz w roku, niech zna odgłos silnika i wygodę transportera. 

Nie obawiajmy się odkurzacza, oczywiście nie trzeba nim machać przed kotem, ale nie wyganiajmy kociaka od razu jak tylko chcemy go uruchomić, pozwólmy gościom wygłaskać naszego pupila, nie chrońmy go przed całym światem, im więcej pozna za malucha tym będzie pewniejszy jako dorosły. Oczywiście jeżeli będzie ewidentny stres dawkujmy emocje, bywa, że strach jest związany z jakąś traumą w hodowli albo został podpatrzony od matki. 

Kot to nocne stworzenie, dużo właścicieli skarży się, że całą noc spać nie można było, bo albo coś zostało zrzucone, albo słoń podeptał po twarzy czy też coś okrutnie miauczało. W przypadku kociąt powiedziałabym, że taki ich urok i trzeba to zaakceptować, jednak z czasem powinniśmy mieć spokój, możemy jednak w nocy tylko ignorować te harce, ewentualnie zmęczyć kota przed naszym pójściem spać, ale to też nie daje 100% gwarancji sukcesu. Koty jednak bez problemu dostosowują się do naszego trybu życia. 

Czytałam jakiś czas temu wpis na forum o kocie rasy ragdoll, który zrobił ze swojego właściciela marionetkę, karmił o 3 w nocy śpiewając przy tym kotu, byłam w ogromnym szoku, ale jak się okazuje nie jest to wcale odosobniony przypadek. Także kocham koty, ale za to że są kotami, nie ludźmi. Nie ma przepisu na idealnie wychowanego kota, bo każdy jest inny. Warto jednak poświęcić trochę czasu na takie zabiegi, mi po 2 latach mieszkania z Haru przyszło nawadniać go strzykawką, czasami karmić na siłę, robić często badanie krwi, USG, echo serca, bywało, że chodził w różnych ubrankach które chroniły go przed drapaniem się, czyszczę mu zęby, podaję olej ze strzykawki, różne tabletki, wszystkie te zabiegi które mają na celu polepszenie jego zdrowia byłyby niemożliwe gdybym od małego nie uczyła go, że czasami muszę wcisnąć swoje łapska tam gdzie nie zawsze by chciał. Moi rodzice często się śmieją, że co to za kot który nie sprzeciwia się kiedy coś mu założę czy się da nakarmić łyżeczką, Haru się nie stresuje, grzecznie siedzi i czeka aż skończę, nie muszę się z nim siłować, a dzięki temu weterynarz stał się dla nas ostatecznością. Nie zabijamy w kocie indywidualisty, ale tworzymy z nim silniejszą wieź, a do tego kot nas obdarza zaufaniem.

czwartek, 10 września 2015

Utrzymanie kota

Jakiś czas temu dostałam prośbę na maila aby napisać ile miesięcznie kosztuje mnie utrzymanie kota. Pomyślałam, że mogłabym nieco przedstawić oficjalnie na blogu począwszy od samego kupna kota aż do "wyrzucania" pieniędzy na zabawki. Ceny oczywiście mogą się między sobą bardzo różnić, każdy tak naprawdę wydaje tyle ile sam chce i na co chce. Wszystkie wydatki podepnę pod rasę MCO.

Zakup kota
 Kota tej rasy na ten moment można kupić już od 1000-2500zł (nie licząc adopcji dorosłych). MCO stały się bardzo popularne liczba ogłoszeń na olx to około 400 (aktualnie brytyjczyki przeganiają i mają ponad 600!). Przez fakt, że konkurencja na rynku jest ogromna to hodowcy naprawdę mają bardzo rozbieżne ceny. Najważniejsze aby wybrać z organizacji takiej jak FIFE, TICA, WCF czy CFA. Druga sprawa, na cenę może wpływać to czy rodzice są badani, czy mają jakieś tytuły wystawowe, od tego czym kocięta są karmione, czy są kastrowane przed opuszczeniem hodowli i w dużej mierze od tego co sam hodowca sobie ustali. Nie będę oryginalna mówiąc, że nie warto kierować się ceną przy wyborze kociaka. Naprawdę z hodowcą można się dogadać jeżeli bardzo komuś zależy, ale pamiętajmy, że to ma być nasz przyjaciel na najbliższych wiele lat (okolice 15). Nie będę przecież doliczać kosztów paliwa i itp, bo każdy sam decyduje gdzie zakupi swojego kociaka, oczywiście znowu się powtórzę, że odległość też nie powinna mieć znaczenia, w przypadku tej rasy to może nawet Twój sąsiad hoduje te koty, ale jeżeli chwyci Cie za serce kociak oddalony o 600km to warto pojechać!





Wyprawka
 Jeżeli nie miałeś do tej pory kota to przed Tobą spore wydatki! Mogłoby się wydawać, że kotu do szczęścia wiele nie potrzeba, wystarczy miska, kuweta i jakiś prowizoryczny drapak, rzeczywiście jeżeli się ktoś uprze to można tak zrobić jednak.... chyba każdy, albo raczej większość chce rozpieszczać swojego futrzaka do granic możliwości, dając mu wszystko to na co zasłużył. Tutaj również ceny potrafią się bardzo różnić, możemy kupować produkty "masowe" albo ręcznie robione czy też nieco bardziej markowych firm. Wszystko zależy od naszego portfela i chęci:




  •  Transporter - ciężko bez niego jechać po kota, firm mamy naprawdę dużo, ale tylko niewiele z nich autentycznie nadaje się dla kota z wagą często powyżej 6kg. Z doświadczenia nie polecam transporterów z materiału, najlepiej sprawdzają się zdecydowanie te z kółkami, zwłaszcza kiedy mamy przed sobą troszkę trasy do pokonania, a kota o niemałych gabarytach. Takie transportery możemy kupić zwykle od 150 do nawet 400zł.  
  • Kuweta - oczywiście i tutaj rozmiar ma znaczenie. Na całe szczęście wydatek nie jest duży, oczywiście akurat w temacie higieny u kotów mamy duże pole manewru. Od kuwet samoczyszczących się do zwykłego kwadratowego plastiku. Ceny mogą się wahać od 40 do nawet 200zł. Uwzględnimy od razu żwirek, z całą pewnością polecam kupować największe worki, wyjdzie to najtaniej, a przy takim kocie, większej kuwecie i tak idzie tego żwirku całkiem sporo. Przykładowo ja kupuję cat's best eco 40l to około 80zł. Taką ilość zwykle mam na około 4 miesiące. 
  • Drapak - bez tego nie wolno się obejść, chyba, że lubimy podrapane meble, kot po prostu musi drapać! Powstało na rynku naprawdę wiele firm z tymi produktami, wykonują na zamówienie, nawet w nowoczesnym stylu. Oczywiście można kupić zwykły słupek pokryty sizalem albo nawet kawałek pnia. Tylko, że dla kota drapak to nie tylko miejsce do drapania, to także miejsce do obserwacji, spania, zabawy, to przede wszystkim jego "azyl". Koszt od 20-5000zł+.
  • Legowiska - wszyscy wiemy, że koty i tak zwykle nie śpią na legowisku przez nas kupionym, najczęściej wolą krzesła, łóżka, kanapy, parapety. Tutaj też mamy jednak pole do popisu. Można zakupić legowiska specjalne na parapet, hamaki przyczepione do krzesła, norki, budki, przyklejone do szyby, zrobione z kartonu. Powstało mnóstwo małych firm które szyją prawdziwe arcydzieła na zamówienie. Takie legowiska zwykle nie przekraczając ceny 200zł, a potrafią cieszyć kota i właściciela, ja przyznam, że należę do osób, które kupowałyby zdecydowanie więcej legowisk niż mam kotów. 
  • Zabawki - mamy piłeczki, lasery, patyczki, wędki, interaktywne, z kocimiętką, walerianą, pluszowe, z gumy. Pod tym względem prawdopodobnie daleko nam do psich zabawek, ale i tutaj można zaszaleć. Jednak co kot to inny gust, nie każdy chce się bawić wszystkim. U mnie furorę największą robią zabawki z walerianą i kocimiętką, czasami różne wędki, ale najbardziej zwykła gałąź na zewnątrz. Zabawki nie są drogie, wędkę można kupić już za 5zł, myszki za 2zł, a kotu naprawdę nie robi różnicy ile na to wydamy. najczęściej i tak wybiorą karton albo rurkę od soku.  
  • Miski - to raczej dość oczywiste, można kupić zwykłe plastikowe za parę groszy, porcelanowe, a do tego często pięknie ozdobione, z metalowymi czy drewnianymi częściami, czego dusza pragnie! Te bardziej ekskluzywne to od 50-200zł
  • Szelki - tak, prawdopodobnie nie dla każdego to będzie rzecz niezbędna, ale według mnie kot nie powinien być zamykany w czterech ścianach bez możliwości wychodzenia (na smyczy!). Warto oczywiście uczyć od małego, wtedy trzeba zdecydowanie wyposażyć się w regulowane szelki, potem gdy kot dorośnie (około 1,5 roku), można już kupić w konkretnym rozmiarze na zamówienie, albo dalej korzystać ze starych, kwestia wyboru. Tutaj ceny zwykle zaczynają się od 20-60zł. 
Żywienie 
Mówiąc szczerze to nie pamiętam ile kosztuje wyżywienie suchą karmą. Pamiętam jedynie, że karmiąc przez jakiś czas Haru lepszym mokrym wydawałam ponad 300zł miesięcznie. Aktualnie na BARFie wszystko zależy od tego co akurat upoluję. Przykładowo kupuję połówkę barana za 10zł/kg, płacę około 150zł, mięsa będzie w okolicach 10/11kg do tego jakieś podroby i mam zapas mięsa na 1,5 miesiąca. Mogę też kupić całą kozę za 20zł/kg czyli płacę około 250zł z czego mięsa będę mieć prawdopodobnie ponad 7kg, czyli mam miesięczny zapas. Ja akurat zwykłam kupować tuszki zwierząt w całości, ewentualnie w połówkach, po prostu mi się to opłaca. Nie mam jeszcze na tyle miejsca aby kupić ćwiartkę krowy, ale mam niedaleko rzeźnie gdzie kupuję "gorsze" gulaszowe za 13zł/kg, chociaż są też odpady za 4zł/kg. Gdybym bardzo chciała mogłabym się zmieścić w 100zł na miesiąc, ale ze względu na fakt, że Haru jest alergikiem i nie może jeść kurczaka to troszku kombinuję. Jeżeli jednak Twój kot nie ma alergii to kura jest jednym z najtańszych mięs i można wydać jeszcze mniej! Suplementy to zwykle duży wydatek na początku, ale potem dokupujesz tylko co jakiś czas pojedyncze rzeczy. Ja akurat korzystam z easy barfa w dużej mierze, czyli raz na 4 miesiące wydaję 120zł, dużo też kupuję oleju z łososia (Haru nerki i serce) i to jakieś 20zł na miesiąc dodatkowo. Jajka najczęściej korzystam z przepiórczych bądź perliczych, jakieś 6zł na miesiąc. Ja z ryb nie korzystam ze względu na dużą ilość fosforu której akurat w przypadku rudzielca unikam. Jak się bardzo chce to nie trzeba dużo wydać, a można karmić kota bardzo urozmaicenie, a do tego zdrowo!

Pielęgnacja
Kiedy jeszcze jeździłam z Haru na wystawy to wydawałam zdecydowanie więcej na różne szampony, odżywki, spraye, pudry, do tego specjalna suszarka, różne szczotki, grzebienie i tym podobne sprawy. Od 2 lat jednak nie ma wystaw w naszym życiu i nie pojawią się już w przypadku Haru. W sumie niedawno sobie to uświadomiłam kupując furminator (oryginalny około 90zł), uznałam, że pora go konkretnie wyczesać, bo tak naprawdę nie mam już po co hodować tej sierści. Warto jednak w przypadku takiego kota mieć jakiś szampon lepszy w domu, zwykle to koszt około 50zł. Ja wiem, że generalnie nie ma potrzeby kąpać kotów, ale wierzcie mi, że to naprawdę odświeża futro na jakiś czas, przy typie sierści mojego Haru niestety występuje coś takiego jak przetłuszczanie, jest to cena za brak kołtunów, dlatego mam zawsze w domu jakiś jeden szampon. Bardzo wygodny jest też tzw suchy szampon, coś niby puder albo taki w sprayu, ja akurat mam firmy Jerob jako spray. Jeżeli kot ubrudzi się w jakiś miejscu, a nie mamy ochoty kąpać całego to pryskamy i przeczesujemy, koszt to od 20-80zł. Oczywiście szczotki i grzebienie, jak wcześniej wspomniałam, warto mieć furminator przy długowłosym kocie również, niestety tendencja do zakłaczania się jest duża, a ja unikam wszelkich odkłaczających past (sama chemia!). Drugą sprawą jest grzebień, najlepiej z rzadko ułożonymi ząbkami, ja używam go do czesania ogona, zwykle cena to od 25-80zł. Można zamiast grzebienia używać specjalnej szczotki do ogona od 25-70zł. Niestety w przypadku tej rasy sporo kotów ma problemy z kołtunami, tutaj często i szczotki czy grzebienie nie pomagają, można kupić coś takiego jak spray ułatwiający rozczesywanie od 60-120zł. Nie muszę chyba wspominać o cążkach do paznokci, płynie do przemywania uszu, patyczkach, wacikach. 

Zdrowie
Wiem, że się powtarzam i przy tym dopiekam bardzo hodowcom, ale  MCO to nie jest zdrowa rasa i warto mieć to na uwadze! Pierwszym i najbardziej powszechnym problemem jest zapalenie dziąseł! Wierzcie lub nie, ale wydacie na to sporo pieniędzy, a i tak zwykle nie pomaga, co oczywiście nie oznacza, że nie warto próbować. Przede wszystkim od malucha już o to dbamy, kot do 6 miesiąca wymienia zęby i nie ma na co czekać. Szczoteczkę możemy kupić taką zwykłą dla niemowląt albo nawet używać zwykłych wacików. Pasty do zębów dla zwierząt to nie jest duży koszt, bo jakieś 20zł. Polecam jednak jakieś konkretne specyfiki na kamień nazębny i przeciwko zapaleniom. Wtedy to od 40-100zł. Poza dziąsłami mamy także  ukochane przez wszystkich HCM! Echo serca już wcześniej wspomniałam od 100-200zł raz na 1,5 roku. Poza tym kota trzeba szczepić co 2 lata zwykle, jakieś 60zł, odrobaczyć (chociaż ja nie odrobaczam jeżeli nie muszę), jakieś 15zł, poza tym kontrole u weterynarzy, badanie krwi podstawowa morfologia -70zł, chociaż warto zawsze obszerniej zbadać krew, skoro już kłujemy kota to lepiej zbadać od razu więcej niż potem wracać na kolejne "dręczenie" koteczka. Niektórzy też podają różne witaminy, suplementy, pasty i itp. Ja jednak nie korzystam z tego gdyż kot jest na BARFie, polecam zasiać trawę dla kotów i dobrze karmić, a można sobie darować tego typu "dodatki". 


Zabezpieczenia
Mając w domu kota niestety trzeba co nieco zabezpieczyć. Kot to zwinne i skoczne stworzenie, do tego jest giętki więc potrafi się przecisnąć przez wiele otworów. Najważniejsze są jednak okna! Naprawdę jeżeli musimy otwierać czy uchylać nawet okna warto je jakoś zabezpieczyć, może to być zwykła siatka, którą użyjemy też do balkonu, przykładowo trixi 2 x 1,5m 30zł. Wydatek wbrew pozorom nie jest jakiś duży, a poza tym zawsze można znaleźć jakieś tańsze zamienniki w sklepach z narzędziami. MCO nie nalezą do kotów które kochają wysokości, ale bywają niezdarne więc warto się zastanowić gdzie odłożymy ukochaną figurkę, Zawsze możemy zamontować dla kota różne półki, w przypadku takich kotów warto je dodatkowo czymś wspomóc, bo inaczej może oderwać półeczkę z kawałkiem ściany. Takie półeczki też w zależności od firmy i wielkości to koszt od 50-200zł. 

Podsumowując utrzymanie i w ogóle sam zakup kota, a do niego akcesoriów to nie jest tania sprawa. Oczywiście kot się nie obrazi, że kupimy coś za 5zł podczas gdy moglibyśmy wydać i 100zł, duża część tych akcesoriów jest dla nas, żebyśmy sami mogli się tym nacieszyć. Najwięcej wydajemy na żywienie, ale bywa, że kot choruje i grube tysiące muszą na to pójść, warto mieć to na uwadze. Ja miesięcznie nie wydaję myślę więcej jak 300zł, ale tak naprawdę wolę tego dokładnie nie liczyć, po co psuć sobie humor haha.