Po śmierci Kumulca przez pierwsze dni miałam zmieszane uczucia, ale wiedziałam, że nie chcę po roku kończyć mojej fretkowej przygody. To był ostatni moment na wzięcie małej fretki (koniec lipca), i albo wezmę ją teraz, albo dopiero za rok. Okazało się, że hodowla Syberian Monsters ma jeszcze maluchy, 5 dziewczynek... Postanowiłam pojechać wraz z właścicielką Draka i wybrać jego potencjalną narzeczoną, która miałaby niejako zastępować mu Kumę. W zasadzie już w momencie wejścia na balkon i zobaczenia kojca z maluchami wiedziałam, która mnie najbardziej interesuje. Decydujące jakby "słowo" miał jednak Drac, tylko jedną i to najmniejszą z całego miotu złapał delikatnie za kark, było to dla mnie potwierdzenie, że to właśnie będzie ta. Wybranka w hodowli nosiła imię Coral i była najbardziej wypieszczonym maluchem, zasypiała w dłoniach, a do tego bardzo ciekawska i z dodatkowym napędem. Okazało się, że była częściowo wychowywana na butelce co musiało mieć ogromny wpływ na jej zainteresowanie człowiekiem.
Dwa tygodnie później nastał dzień odbioru, jedyne co mnie martwiło to jej wielkość, bo jednak odstawała od swoich sióstr, jednak przez moją klatkę nie przeszła, a u Draka udało się nam jakoś zablokować siatką. Już od samego początku wykazywała niesamowite przywiązanie do ludzi, jako taki maluch puszczona w pokoju od razu biegła do mnie i ignorowała wszystkie zabawki po drodze. Nie minęło jednak kilka dni jak się okazało kim tak naprawdę jest Zocha (wtedy jeszcze wciąż Keiko!). Okazało się, że jest znacznie inteligentniejsza od mojej pierwszej fretki, ale niezła z niej aktorka i histeryczka. Kiedy nie poświęcałam jej dużo uwagi, albo zanosiłam ją do kuwety to udawała, że się dławi! Na początku zrobiło to na mnie wrażenie, bo pomyślałam, że taki maluch naprawdę może coś sobie zaraz zrobić... Jednak po 5 razach przestało mnie to niepokoić, bo zauważyłam, że zawsze wrzucona do kuwety zaczynała to robić. Wtedy do tego właśnie miała problem z załatwianiem się we właściwe miejsce, musiałam jej zagrodzić prawie całą klatkę, żeby miała tylko jedną dużą kuwetę i legowisko obok. Stopniowo po jakimś miesiącu dostała już resztę swoich pięter, ale do dzisiaj potrafi załatwić się obok kuwety.


Oczywiście na koniec, dlaczego moja fretka ma takie specyficzne delikatnie mówiąc imię? Kiedy wracałyśmy z odbioru wtedy jeszcze Keiko, Monika powiedziała, że wygląda jak gruba Zocha, niestety, ale się przyjęło! Próbowałam polepszyć nieco to imię - Zohaido, ale i tak wszyscy mówimy na nią Zocha/Zośka, a jeszcze ma inne ksywki, ale na to przyjdzie czas.